Blog > Komentarze do wpisu

Deszczowy, ponury wtorek

Przeleciało kilka dni jak z bicza strzelił, jakoś nie miałam czasu żeby tu coś napisać.

Wszyscy lekarze odhaczeni, z ginekologiem "zaprzyjaźniłam się" na dłuższy czas, mam nadzieję, że niebawem będą jakieś powody do radości. Jutro znowu mam USG i zobaczymy jak to wszystko wygląda. Stomatolog uporał się ze zmianą, wszystko jest Ok teraz tylko wizyty kontrolne i wizyta adaptacyjna z Nelonkiem, ale to już w klinice dla dzieci, nie tej mojej. Trafiłam też do fajnej okulistki (kuzynki mojej koleżanki-uczennicy) i jestem bardzo zadowolona. Dostałam okulary do czytania, tv i komputera, na co dzień nie potrzebuję, choć muszę chronić prawe oko, na którym opiera się praktycznie całe moje widzenie jako, że mam astygmatyzm i lewemu patrzeć się "nie chce". Niestety recepta jeszcze niezrealizowana, bo chcę podjechać do konkretnego salonu optycznego, a ciągle nie mam samochodu, bo mi mąż okupuje moją toyotę. Także jestem uziemiona i coraz bardziej mnie to denerwuje, ale nic nie zrobię póki on nie odbierze "Kijanki".

W piątek zaraz po zakupach prezentowych dla synia i wizycie u lekarza pojechaliśmy do moich rodziców. W sobotę z samego rana jechaliśmy na mecz do Warszawy więc Junior musiał zostać u dziadków, wróciliśmy w nocy tego samego dnia. Na meczu było więcej śmiechu niż jakichkolwiek emocji, bo raz, że mecz był taki sobie. Miałam wrażenie jakby wszyscy od razu wiedzieli, że nasi wygrają i nikt się zbytnio nie emocjonował, a po drugie był z nami kolega, który skutecznie rozładowywał atmosferę, bo jak rzucił tekstem to połowa sektora rżała. Sprawnie dojechaliśmy w jedną i w drugą stronę, nie staliśmy w żadnych korkach, ruch też nie był wielki. Niestety nie miałam okazji pochodzić po Warszawie, bo na samą myśl, że mam spacerować w takim chłodzie (na termometrze w naszym samochodzie było 10 st.) wolałam siedzieć w Pepsi Arena. Po całym wyjeździe byłam tak zmęczona jakbym nie spała dwie noce, a niedzielny poranek zaczął się do mnie dopiero o 10. Całą niedzielę spędziliśmy u moich rodziców, wieczorem robiliśmy grilla i ok. 20 do domu. Wczoraj w końcu zajęłam się prasowaniem, poukładałam też ciuchy w szafkach i przejrzałam wszystkie rzeczy syna. Znowu sporo rzeczy poodkładałam do wywiezienia do rodziców na strych. Zrobiłam wczoraj też wszystkie faktury, byłam u księgowej, a na dzisiaj w planach zrobienie raportu kasowego za maj. Nie licząc weekendu kiedy zjadłam więcej niż normalnie to dieta idzie całkiem dobrze. Kilogramy spadają już bardzo powoli, ale do celu zostało tylko jakieś 2.5 kg i teraz będzie najtrudniej.

W temacie książki: skompletowałam prawie całą listę "must have", a zamówione w zeszłym tygodniu w Znaku były u mnie już w czwartek. Obecnie kończę czytać "Szkarłatne sari" (powieść oparta niejako na biografii Indiry Gandhi opisująca losy jej samej i jej bliskich- bardzo ciekawa, polecam). Następnie muszę się zabrać za książki, które przywiozłam od ciotki, a później dopiero biorę się za swoje. Z przykrością muszę stwierdzić, że chyba przestanę pożyczać komukolwiek moje książki, bo albo muszę się dopraszać żeby mi ktoś zwrócił, albo czekam na nie 2 lata tak jak w przypadku jednej koleżanki, która książkę przeczytała po 2 dniach, ale zwrócić nie zwróciła do tej pory. W marcu minęło dwa lata.

Pisałam też jakiś czas temu na wcześniejszym blogu, że wkręciłam się w wyplatanie z makulatury, co prawda ostatnio nie miałam na to czasu, ale dzielnie gromadzę papierzyska i zamierzam się tym jeszcze zająć.

Z planów na ten tydzień: w sobotę jestem świadkiem na Bierzmowaniu u kuzynki i chcę z tej okazji kupić jej jakąś ładną bransoletkę, najlepiej srebrną z charmsami, albo jakąś delikatną złotą. Dla siebie potrzebuję koniecznie tuszu, bo maluję się już od jakiegoś czasu jakimiś sklejonymi resztkami i starymi tuszami, które mi wcześniej nie podeszły i kilka innych rzeczy do kosmetyczki. Pasowałoby mi też pojechać do fryzjera zrobić odrosty, bo mam straszne już. Na weekend zaś planuję zaległą imprezę rocznicową wraz z zaległym marcowym tortem dla mojego Kornesia. Niestety przez jednego nieodpowiedzialnego człowieka nowe krzesła dostaliśmy nie 2 tygodnie, a jakoś 3 miesiące po terminie i to u innego sprzedawcy, stąd nawet urodzin synowych nie było jak wyprawić. Nadrobimy.

wtorek, 05 czerwca 2012, moiquisourit

Polecane wpisy